Walentynkowe zabawy z Instaxem Wide 300

Dawno temu, w czasach flanelowych koszul i mojej młodości szczytem szpanu i symbolem grubszego niż przeciętny portfela był Polaroid. Z czasem rosnące w siłę cyfrówki skutecznie zepchnęły na margines ten sposób wykonywania zdjęć, ale jak wiadomo historia zawsze lubiła zataczać koło. Od dłuższego czasu za fotografię natychmiastową na poważnie zabrało się Fuji wypuszczając serię aparatów Instax.

Okazało się, że fotografia natychmiastowa opakowana w nowe pudełko stała się popularna jak kawa ze Starbucksa i żaden ambitny hipster nie mógł się bez niej obyć. Poza modelami przypominającymi stopniem zaawansowania ziemniaka, możemy nabyć też aparaty, które poza przyciskiem ON dają fotografowi nieco więcej swobody. Takie właśnie możliwości ma dzisiejszy bohater, czyli Instax Wide 300, z którym miałem okazję spędzić ostatnie walentynki.

Oczywiście nie leżeliśmy przytuleni na łyżeczkę i nie szeptaliśmy sobie słodkich słówek. Wziąłem go na długi spacer chcąc wykorzystać go do tego, do czego moim zdaniem najlepiej się nadaje. Ale o tym później, najpierw zadajmy sobie pytanie „jakim cudem w erze wszechobecnej fotografii cyfrowej aparat taki jak Instax zdobył tak wielką popularność?”.

W sumie brak tu logiki, bo nawet z telefonu możemy uzyskać niezłej jakości zdjęcia, które w domowym zaciszu wydrukujemy w kilka minut. Instaxy nie dają nam ani powalającej jakości, ani pełnej swobody fotografowania. Efekt jaki osiągniemy też jest nieprzewidywalny. No i nie sposób nie wspomnieć o kosztach wkładów. Za ich cenę można znaleźć fotografa na ślub, który jednocześnie filmuje,a zdjęcia oddaje w albumie w albumie z bawarskiej skóry. Mocą tych małych zdjątek jest, to że są niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Ten wyłaniający się powoli z małej karteczki obraz jest dla wielu czymś magicznym. Każda odbitka powstaje tylko w jednej sztuce, której nie możemy powielić. Chrzanić brak ostrości i chamski błysk lampy na każdym zdjęciu, takie niuanse szybko przestają mieć znaczenie kiedy zaczynamy fotografować i nie możemy przestać aż do końca wkładu, potem bierzemy kredyt na nowy i pstrykamy dalej!

Tę magię Instaxa postanowiłem wykorzystać właśnie w Walentynki. Jak już wspomniałem wybrałem się na spacer. Podczas niego poszukiwałem zakochanych par i oferowałem im zdjęcie w prezencie. Nasi rodacy, to bestie dość nieufne więc musiałem mocno się nagimnastykować aby przekonać niektórych do zdjęć. Nie było ustawiania, kombinowania, czy stylizacji. Każda fotografia była spontaniczna i obserwując reakcje modeli widziałem, że będzie to dla nich sentymentalna pamiątka tego dnia. Nie zapomnę okrzyków ekscytacji jednej z par, które brzmiały mniej więcej tak „Ooooo! Zobacz! Coś widać! Aleeee supeeeer!”.
Żeby przy okazji przetestować możliwości tego modelu zdjęcia starałem się robić w różnych warunkach oświetleniowych sprawdzając co z tego wyniknie. W komentarzach do zdjęć przeczytacie trochę technicznego bełkotu na temat aparatu.

_DSF8493

Zdjęcie wykonane pod światło. Widać halację słusznych rozmiarów.

_DSF8494

Idealne kadrowanie nie jest łatwe, walentynkowa gaśnica załapała się przypadkiem. Dopiero po kilku podejściach wiedziałem jaką poprawkę brać przy celowaniu.

_DSF8499

Lekkie przepalenie białych powierzchni od flesza, ale romantyczne zachodzące słońce pięknie się prezentuje.

_DSF8502

W bardzo słabym świetle Instax nie dał rady. Nawet połączenie kompensacji ekspozycji i błysku ledwo rozświetliły pierwszy plan przy odległości około 4.5m.

_DSF8507

Lekko prześwietlone mordki, to dość częste zjawisko. Szkoda, że wprowadzenie korekty ekspozycji sens ma dopiero po zrobieniu zdjęcia testowego i przeanalizowaniu go.

_DSF8509

Przy bliskich planach lampa daje spokojnie radę (chociaż czasem przejara).

 

Następnego dnia bawiliśmy się aparatem już w domowym zaciszu w bardziej przewidywalnych warunkach. Robiąc zdjęcia Instaxem nie poszalejemy z retuszem na oryginalnym nośniku. Medium jest obnażające i nie każdemu przypadnie do gustu. Na szczęście trzymałem w szafie idealną modelkę na taką okazję.

InstaxW_01

Kompensacja ekspozycji (+/- 2/3 EV) oznaczona jest symbolem „L” i „D”. L to jaśniej, a D ciemniej. Powyżej przykład zastosowania tych korekt.

InstaxW_02

Obiektyw ma możliwość zmiany odległości ostrzenia w zakresie 0,9-3m i 3m do nieskończoności. To i tak nieźle w porównaniu z większością modeli.

InstaxW_05

Po lewej korekcja +2/3EV, po prawej brak korekcji.

InstaxW_04

Po tym zdjęciu uznałem, że kadrowanie mam już całkiem opanowane.

InstaxW_03

Prawie jak Terry Richardson

InstaxW_06

InstaxW_08

No to jeszcze ja na sam koniec. Na szczęście w ubraniu.

 

Instaxa można luźno określić jako hybrydę cyfry i analoga. Pomimo tego, że zdjęcia możemy od razu zobaczyć, efekt końcowy zawsze jest w jakimś stopniu niespodzianką. Magia, o której pisałem wcześniej jest wciągająca i sam jestem ofiarą tego uzależnienia. Zdjęcia z przyjaciółmi, rodziną, z podróży, czy zwykłe selfie z przepaloną mordą, moja lodówka jest nimi szczelnie obklejona, do każdego z nich mam sentyment i lubię do nich wracać. Co w nich takiego wyjątkowego? Myślę, że na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.

* Wpis jest efektem współpracy z FujiFilm Polska.

Subskrybuj bloga

Wprowadź swój email aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach.

Social
  • Instagram
  • Mail